Mocny temat. Długo, no naprawdę długo rozgryzałem, co stoi za brakiem efektów, niespełnionym życiem i wymówkami, które zawsze wydają się bardziej wiarygodne od podejmowania słusznych decyzji. Na szczęście zdążyłem już poznać tego “smoka”. A na imię mu… przyjemność. Pod maską relaksu, pysznych smaków i samych dobrych wibracji nie wydawała się szkodliwa. No bo jakżeby mogła? Dzisiaj dowiesz się, co może być główną przyczyną nieróbstwa, piwnych brzuchów i nieprzemijalnego stania w miejscu.
Kiedyś myślałem, że talent to coś, czego nie można niczym zastąpić. Jeśli nie urodziłeś się w muzykalnej rodzinie – nie możesz tworzyć dobrej muzyki. Jeśli nie masz predyspozycji genetycznych do kulturystyki – zawsze będziesz przypominał chucherko. Jeśli nie masz wykształconych rodziców – raczej nie zostaniesz drugim Einsteinem. A jednak – z czasem moje podejście się zmieniło, bo dzisiaj już wiem, że to w sumienności i pracy tkwi najwięcej sukcesu. A naturalny talent… Cóż – jest niewiarygodnie przereklamowany.
Wciąż to słyszę: “Nie mogę się zmotywować, co zrobić, aby zaczęło mi się chcieć?”. Trochę już tekstów wyszło spod moich zręcznych palców na temat tego, jak wziąć się w garść i zacząć coś realizować. Ten wpis będzie trochę inny, a dla niektórych, uwaga – nawet kluczowy na tyle, że okaże się najbardziej skuteczną dźwignią do rozpoczęcia efektywnego funkcjonowania. Tak, to trochę taki coachingowy sekret, ale oto dzisiaj, jak gdyby nigdy nic – opisuję go na blogu w biały dzień. Bo widzisz – brak motywacji do podjęcia określonych działań zawsze ma jakieś źródło. Pytanie brzmi – co powoduje, że czegoś nie robisz, choć wiesz, że nie powinieneś zbijać bąków?
Jeżeli pytasz przeciętnego Polaka co u niego słychać, zazwyczaj możesz usłyszeć: “Jakoś sobie radzę”. Z problemami, zawistnymi ludźmi i rzeczywistością, w której trzeba walczyć o przetrwanie. Rzadko natomiast w odpowiedzi zarejestrujesz, że komuś się powodzi, jest szczęśliwy i osiąga zamierzone cele. I jakby na to spojrzeć obiektywnie, to nie ma nic złego w tym, że ktoś sobie po prostu radzi, nie posiadając przy tym jakichś szczególnych powodów do radości. A jednak takie nastawienie ma w sobie pewną skazę mentalną, która zatruwa żywot niejednego człowieka. Głównie dlatego, że przez to zapomina się, że można inaczej, lepiej.
Przyszłość. Jest w niej coś takiego, że zazwyczaj wydaje się bardziej intrygująca od swoich koleżanek – przeszłości i teraźniejszości. Gdyby to były kobiety, to z pewnością przyszłość byłaby najbardziej seksowna z całej trójki, bo kusi swoją nieuchwytnością – jeszcze nie poznałem nikogo, kto wie, jak wygląda, ale wszyscy są na nią tak samo napaleni. No właśnie, tylko skąd się bierze przekonanie, że wczoraj było kiepsko, dzisiaj jest jeszcze gorzej, ale jutro… No jutro Panie drogi, to powinno wyjść słońce w końcu! Dzisiaj o tym, dlaczego niebezpiecznie jest pokładać wszelkie nadzieje w przyszłości.
Od jakiegoś czasu nie wierzę w “szkodliwość” emocji. Bo smutek, gniew, zazdrość, strach to najczęściej najwspanialsze drogowskazy, jakie możemy otrzymać od losu. I choć wszystkie te uczucia noszą potworną maskę z wystającą etykietką pt. “zło”, to wcale nie znaczy, że rzeczywiście jest się czego bać. Wystarczy nauczyć się, że poprzez świadomość pewnych mechanizmów, które nami rządzą – jesteśmy w stanie radzić sobie z trudnymi kwestiami lub wręcz upatrywać w nich okazji do zauważenia spraw, które należałoby zmienić.
Odpowiednie pytania mają ogromne znaczenie dla naszego rozwoju. Wybudzają nas niekiedy z transu pt. “Nic nie robię cały dzień i jakoś żyję”, co daje nam szansę na zrozumienie, że zamiast iść do przodu, nieustannie się uwsteczniamy. Według mnie – lenistwo, wyszukanie zwane również prokrastynacją, jest wyrazem głębokiej nieświadomości. I czasem tylko właściwe pytania mogą nas oświecić na tyle, abyśmy rzeczywiście ruszyli tyłek i wykorzystali czas, ten najcenniejszy zasób – jak najlepiej potrafimy.
“Chcesz być szczęśliwy? Zacznij pozytywnie myśleć!”. Gdyby to było takie proste, to raczej nikt nie narzekałby na rachunki, zrzędzących współpracowników, brak zdrowia i cały wór innych problemów – wystarczyłoby skupić się na przyjemnych myślach, takich jak pływanie na leżaku w basenie w kształcie serca i odpłynąć w krainie błogich fantazji. Pomijając przy tym fakt, że wówczas tylko udaje się, że wszystko jest cacy. Mimo to znacznie bardziej opłaca się widzieć świat przez różowe okulary, niż spoglądać na niego zza apokaliptycznej chmury zwiastującej porażkę i rozpacz.
Introwersja to jedna z tych cech osobowości, która nie jest uważana neurotyczną, ale mimo to niesie ze sobą więcej ograniczeń niż postawa ekstrawertyczna. Bo, o ile bycie osobą solidną, zrównoważoną i posiadającą kontrolę ma plusy, to jednak introwertycy są postrzegani, jako ludzie nudni, bierni, poważni i tak powolni, że jasne jest, dlaczego nazywa się ich flegmatykami. Twórca tego bloga, który właśnie pisze te słowa – przez lata był “naturalnie” zamknięty w swojej głowie, ale w pewnym momencie odkrył, że znacznie bardziej opłaca się zrezygnować z zachowawczej ostrożności i nijakiej łagodności na rzecz otwartości, żywiołowości i rzucania odważnych żartów.
Najpierw są narodziny, po których mija trochę czasu zanim dociera do nas, że oto przyszło nam być na planecie Ziemia. Później statystycznie czeka nas całkiem radosne dzieciństwo, a wraz z nim pojawiają się teksty rodziny oraz innych doświadczonych życiem ludzi, nakłaniających do życia w określony sposób, które zaczynają wbijać się do głowy łatwiej, niż szpilka w tablicę korkową. I wtedy właśnie zaczynamy wierzyć. Ufać w konwencjonalny schemat, który staramy się zrealizować. Schemat ten, to zazwyczaj prosta, nieskomplikowana droga do szczęścia, połączona ze świadomością, że gdzieś tam kiedyś poczujemy się spełnieni. Czy aby na pewno?