ROZWÓJ OSOBISTY | PRAKTYCZNA PSYCHOLOGIA | RELACJE MIĘDZYLUDZKIE

Jeśli chcesz kochać, musisz wystarczyć samemu sobie

, Psychologia



W szkole uczysz się algebry, odmieniać „być” po angielsku i o tym, z czego składa się ściółka leśna. Nie uczysz się natomiast, jak funkcjonuje miłość, ani jakie zasady rządzą relacjami damsko-męskimi. Dlatego większość ludzi nie potrafi zrozumieć, że jeśli cierpi się z powodu samotności to znak, że nie potrafi się prawdziwie kochać. Jeszcze.

„Samotność można mierzyć we łzach”

Martyna leżała na kanapie po dniu pełnym wyzwań, wsłuchując się w rytmiczne dźwięki deszczu spadającego na parapet. Akompaniament ulewy przyniósł jej z pozoru niewytłumaczalną ulgę, ale gdy uświadomiła sobie, dlaczego poczuła właśnie tę emocję, popadła w przygnębienie. Była samotna. I cholernie mocno jej to doskwierało. Na szczęście szybko przypomniała sobie, że za cztery dni ma randkę z Jarkiem. Poznali się w kolejce w empiku, gdzie (troszkę ironicznie) Martyna zdecydowała się na zakup książek z cyklu Bridget Jones. O Jarku dużo powiedzieć nie mogła. Miał męski głos, poza tym wydawał się pewny siebie i chyba był fanem Star Wars, bo kupił sobie kubek termiczny z wizerunkiem Kylo Rena. No i przede wszystkim – był pierwszym gościem od kilku miesięcy, który wziął od niej numer.

Spotkali się w centrum miasta. Jarek zadecydował: „Kierunek: gorąca czekolada!”. W drodze rozmawiali tak, jakby zdążyli się poznać w innym życiu. Niemal wszystko szło świetnie. I choć coś mówiło Martynie, że idealne randki nie istnieją, to bardzo chciała wierzyć, że jednak tak. Gdy wracali do domu, zaskoczył ich deszcz. Zaskoczył najpewniej dlatego, że rzadko się zdarza, aby podczas słonecznej pogody pojedyncza chmurka zaczęła płakać. Jarek zaproponował więc, żeby na moment skryć się pod zadaszeniem jednej ze starych kamienic. Stanęli tam, dotykając się ramionami, a po chwili przestali ze sobą rozmawiać. Wtedy Jarek delikatnie przyciągnął Martynę do siebie i namiętnie pocałował, a w tle narysowała się tęcza, który wydawała się krzyczeć: „Życie jest piękne! Jednorożce istnieją!”.

Martyna miała to do siebie, że lubiła myśleć o przyszłości, w której rozwiążą się wszystkie jej problemy. Zaledwie kilkanaście godzin po randce, w jej głowie Jarek miał już zapewniony etat, jako idealny mąż i troskliwy ojciec ich trójki dzieci. Jeszcze musiała trochę poprzemyśliwać kwestię ślubu i wesela, ale generalnie już wszystko miała „poukładane”. Aha, warto też dodać, że w międzyczasie o Jarku dowiedziało się pół rodziny i większość znajomych Martyny.

Dwa dni po tym niezapomnianym wieczorze z Jarosławem romantyczny afekt nieco osłabł. Martyna czekała na telefon od swojego nowego „przyszłego męża”, ale Jarek, choć obiecywał, jeszcze nie zadzwonił. „Coś musi być nie tak” – pomyślała ponuro Martyna, szczególnie, że co jak co, ale intuicję to zawsze miała dobrą. Tak było również w tym przypadku. Jarek nie odbierał telefonów, a dwa dni później na fejsie okazało się, że wszedł w związek z jakąś „wychudziałą jędzą”. Martyna poczuła się tak, jak Bridget Jones w pierwszej części – była zdruzgotana, a łzy wyżłobiły budzącą współczucie koleinę na jej twarzy.„Jestem skazana na samotność” – westchnęła sama do siebie, nienawidząc od tej pory wszystkich Jarków, Gwiezdnych Wojen i gorących czekolad.

Nic nie dzieje się bez przyczyny

Czy według Ciebie historia Martyny jest pouczająca? Dziewczyna popełniła kilka błędów. Nie będziemy wnikać, czy jej zachowania miały źródło w cechach osobowości, czy wynikały z jakichś zaburzeń, co byłoby raczej wątpliwe. Załóżmy po prostu, że Martyna miała klasyczne problemy z samooceną, nie umiała planować wolnego czasu i nie robiła nic szczególnego w kierunku tego, aby kogoś fajnego poznać. Mogło być również tak, że w rzeczywistości lubiła być samotna, ceniła spokój i możliwość robienia rzeczy, które uwzględniały wyłącznie jej potrzeby. Samotność nie zawsze jest wyborem, ale w większości przypadków… jednak jest.

Za każdym razem staram się obiektywnie spoglądać na życie osób, które narzekają na swoją egzystencję, w której nie ma nikogo, kto mógłby być dla nich oparciem. Lubię porównywać tych „narzekaczy” do singli, którzy starają się dostrzegać plusy swojej obecnej sytuacji, a przy okazji działają, aby kogoś w swoje sieci złapać. I mogę przysiąc, że Ci drudzy, po jakimś czasie oczywiście, mają pełną sieć i wybierają z niej właściwego dla siebie partnera.

Pomijając fakt, że zawsze można podjąć jakieś działania, aby zwiększyć prawdopodobieństwo tego, że się kogoś pozna, samotność to swego rodzaju test. Każdy z nas potrzebuje bliskości, każdy chce czuć, że ma oparcie w kimś ważnym, z kimś, kto obejrzy z nami film w walentynki pod kocykiem. Trudno więc nauczyć się szczęśliwie żyć w samotności, szczególnie jeśli doświadczyło się życia w związku. Gdy para znajomych zaprasza Cię na obiad albo kiedy trzeci raz z rzędu na wesele idziesz z kuzynem, nie masz lekko, rozumiem to. Ale jeśli cierpisz i tylko na to narzekasz, zamiast podjąć jakiekolwiek konstruktywne działanie, nie dziw się proszę, że jeszcze nikt właściwy nie stanął na Twojej drodze.

Ludzie nie umierają z powodu samotności. Ludzie cierpią, bo nie mogą dać sobie rady z presją społeczną i faktem, że muszą się zmienić, aby mieć efekty. Czasem po prostu powinni uświadomić sobie, dlaczego nie mogą poradzić sobie z samotnością albo dlaczego nie udaje im się kogoś poznać. Pewne problemy rozwiązuje się w gabinecie psychologa, inne pod okiem dietetyka i stylisty lub trenera umiejętności interpersonalnych. A jeśli nie ma ku temu środków, do dyspozycji zawsze jest stary, dobry wuja Google.

Oswoić samotność

Nietzsche i Kierkegaar twierdzili, że aby móc kochać, trzeba stać się „prawdziwą jednostką”, „kimś samotnym”, kimś, kto „poznał głęboką tajemnicę, że nawet kochając inną osobę, musimy wystarczyć sobie sami”. Jestem zwolennikiem takiego podejścia od bardzo dawna z kilku przyczyn: a) jest to życiowo bardzo praktyczne, b) wierzę, że prawdziwą miłością się człowiek wspólnie dzieli, a nie jej tylko oczekuje c) ogólnie lubię myśleć o Nietzsche, jako o porządnym gościu, a nie twórcy ideologii nazistowskiej.

Jeżeli podejść do sprawy typowo psychologicznie, można się poprzeć teorią Eriksona, która zakłada, że ludzie, którzy pokonali tzn. kryzys intymności, budując intymność z samym sobą, są gotowi do wejścia w związek w sposób pozytywny i dojrzały. Samodzielna i dojrzała osoba potrafi żyć w samotności. Ma swoje cele, odnalazła sens istnienia. Lubi siebie i świat, a jednocześnie umie funkcjonować w pojedynkę, pokonując życiowe wyzwania. Jeżeli na jej drodze pojawi się partner, nie będzie zanadto obawiać się, że może go stracić. Nie będzie też siebie zadręczać, że nie da bez niego rady, a tym samym nie ma ryzyka, że się od niego niezdrowo uzależni.

Wojciech Eichelberger trafił w sedno, pisząc: „Boimy się samotności, bo stawia nas twarzą w twarz ze sobą.” Czasami musisz spojrzeć w lustro, a po chwili zadecydować, że oprzesz się na sobie i nauczysz się cieszyć życiem w pojedynkę. Wtedy powolutku rośnie w Tobie miłość i szacunek do samego siebie, a to sprawia, że stajesz się lepszym i dojrzalszym człowiekiem, który zaczyna w jakiś sposób lubić samotność. A jak się ją zaczyna lubić, to nagle okazuje się, że nie ma po niej śladu, bo ktoś stał się o nią zazdrosny.